Search
Search Menu

Chyża Ania na II Rzepakowej Dyszce

Trochę taki strat w tajemnicy – nikt nie wiedział poza najbliższymi, że startuję. Decyzja podjęta w tym tygodniu – tak dla sprawdzenia siebie i pokręcenia szybciej nogami, bo wiadomo, że na treningu czasami ciężko się zmusić do mocnego wysiłku.
Na miejscu spotykam znajome twarze – rodzina Dulów jest wszędzie, więc i w Chełmcu nie mogło ich zabraknąć. A do tego dwa pewniaki na podium – Maciek Dawidziuk i Kuba Kulesza.
Trasa biegu przełajowo-asfaltowa. Po 3km biegu wśród pól po szutrowej ścieżce i lejącym się pocie po czole z duchoty zaczął się makabryczny prawie 4-kilometrowy podbieg! Początkowo biegłam, ale im wyżej tym gorzej. Kilka osób udało się wyprzedzić pomimo maszerowania pod górę. I przede mną dwie dziewczyny – jestem coraz bliżej, ale cały czas mi odskakują, bo mniej niż one podbiegam. W końcu jest zbieg! Lecę zachowawczo – bo jak teraz puszczę nogi, to co będzie dalej…? Kolejny km – doganiam jedną dziewczynę i udaje mi się jej odskoczyć. Ale tempo jest szaleńcze! Jednak nie blokuję nóg i pozwalam im pędzić. Ręce luźno, a nogi sunął do przodu. Asfaltowy zbieg tylko mi pomaga w odpowiednim rytmie. 10 km – wyprzedzam kolejną dziewczynę, ale czuję jej oddech na plecach. Na zegarku pyka dycha, a meta w oddali! Skręcam z asfaltu w szutrową ścieżkę, żeby po kilku metrach skręcić na trawę. Tam przeganiam kolejną osobę – tym razem mężczyznę. Gabrysia podbiega do mnie i dopinguje. Ciężko po tej trawie się biegnie, czuję, że gubię rytm, ale jestem tak blisko mety… Wchodzę w zakręt i wydaje mi się, że zwolnię. Ale tuż za kolejnym zakrętem, dosłownie 20-30m jest meta. I w najbardziej odpowiednim momencie pojawia się złota myśl biegacza – kadencja! Zwiększam ilość kroków kosztem ich długości, ale pędzę ile sił. Według zegarka przebiegłam 10,65km w 59,11.
Imreza rewelacyjna typu wiejski festyn, gdzie miło spędzisz czas z całą rodziną. Brakowało mi takiego kameralnego biegu. I właśnie na tego typu imprezach zawsze jest wszystko dopięte na ostatni guzik. Po przyjeździe od razu strażacy kierowali na parking. Rozgrzewka dla biegaczy o 10.30 – pół godziny przed startem, a nie na ostatnią chwilę. Start o 11 to o 11, a nie 5 min po czasie. Cała trasa obstawiona przez strażaków – o zgubieniu drogi nie było mowy:) Dwa punkty z wodą właśnie tam, gdzie najbardziej była potrzebna. Na mecie od razu medal i woda, a po biegu do wykorzystania kupon na jedzenie – co prawda poza ogórkami kiszonymi (pysznymi zresztą) nic wege, ale zupa, pierogi i ciasto dla jednej osoby to bardzo dużo. Rozdanie nagrów zaplanowane na 13 – i znów nie ma ani sekunduy opóźnienia! Szybko, sprawnie poprowadzone wręczanie. I udaje mi się od niepamiętnych czasów stanąc na podium – 2 miejsce w kategorii 25-34K. A najbardziej cieszy wege nagroda – olej rzepakowy:)))
PS. Przy odbieraniu numeru startowego nie zauważyłam, że jest tylko jedna malutka agrafka. Nie chciało mi się wracać z auta do biura zawodów – znalazłam jeszcze u siebie jedną małą, ale wciąż brakowalo mi do przypięcia choć jeszcze jednej. Ale moja niezastąpiona babcia Ania, która przez przypadek musiała uczestniczyć w imprezie biegowej kibicując z pozycji siedzącej 😉 zawsze poratuje w kryzysowej sytuacji! Babcia zawsze wszystko ma, więc i agrafkę znalazła – 5-centymetrową i grubą. Było co dźwigać przy numerze!
II Rzepakowa Dycha – bieg ukończyło 90 osób i 3 psy:)))

Twój komentarz

Pola obowiązkowe *.